Internet. Czy jest się czego bać?

Od tekstu, w którym wyznawałem swoją tęsknotę za książką, a raczej za czytaniem, minęło już kilka miesięcy. Ale tamten wpis nie stracił na aktualności tylko z powodu upływającego czasu. Również ilość pochłanianych przeze mnie (od pierwszej do ostatniej litery) lektur, jest coraz większa. To cieszy. Może uratowało mnie to, że urodziłem się w czasach przed-internetowych i pamiętałem o tym, co zrobić, żeby przywrócić dawny porządek. Współczesna młodzież pewnie nie pamięta, że kiedyś do bibliotek i księgarń chodziło się nie tylko w celach turystycznych. Naprawdę czytaliśmy książki.

A skoro już mowa o książkach. Jedną z tych, do których w ostatnim czasie koniecznie chciałem zajrzeć (ba! nawet to zrobiłem), była najnowsza publikacja mojego ulubionego specjalisty od Ameryki – Wojciecha Orlińskiego. Z tym, że tym razem Orliński okazał się także specjalistą od Internetu…a żeby być bardziej precyzyjnym: podjął się próby zanalizowania go jako zjawiska, przede wszystkim wskazując na zagrożenia, które ze sobą niesie. Cóż, książka „Internet. Czas się bać”, momentami rzeczywiście była thrillerem i wywoływała grozę. Takie zapewne było założenie jej autora. Ale czy rzeczywiście, w odniesieniu do Internetu, jest się czego bać?

Medium, narzędzie czy świadczenie użyteczności publicznej?

Co do strachu –  według mnie nie powinniśmy bać się Internetu. To jest tylko narzędzie – możemy je wykorzystywać dobrze lub źle. Obawiałbym się natomiast tych, którzy robią z niego niekoniecznie właściwy użytek. Ale tu muszę się na chwilę zatrzymać, bo różnimy się z Orlińskim w kwestii definiowania pojęcia Internetu. O ile dla mnie jest on jedną z form medium (środkiem społecznego przekazu) i narzędziem, Orliński zalicza go raczej do świadczenia użyteczności publicznej. Z takiego rozumowania autor wyprowadza od razu zarzut, bo według niego (i tu się z nim zgadzam) tego typu świadczeń, np. gazu czy wodociągów, nie powinno się komercjalizować. W przeciwnym razie prowadzi to do nadużyć. A skoro Internet potraktujemy jako świadczenie użyteczności publicznej, to w trosce o jego użytkowników powinniśmy zakazać  jego komercjalizacji.

Ja jednak uważam, że Internetowi bliżej jest do bycia medium. Owszem, specyficznym, bo ta „tuba” nie zawsze jest regulowana, a co więcej – dostęp do niej ma praktycznie każdy i o każdej porze. Co więcej, każdy może odbijać w nim swoje piętno…to użytkownicy tworzą Internet. Nawet wszędobylska Rada Etyki Mediów nie potrafi skutecznie wejść w  tę przestrzeń. Jednak moje inne rozumienie Internetu nie stanowiło przeszkody w lekturze książki Orlińskiego. Tym bardziej, że odmienne paradygmaty nie przeszkadzały w wielokrotnym zgodzeniu się z jej autorem.

Skazani na Internet

Jedną z ciekawszych tez Orlińskiego jest ta, w której twierdzi, że zbliżamy się do momentu, w którym Internet w pełni oplącze nas swoją siecią. Tak, że pozostaniemy bez wyboru, czy chcemy z niego korzystać czy nie. Co więcej, ta sieć spowoduje całkowitą transparentność, która sprawi, że nic i przed nikim nie będzie już ukryte. Szczerze mówiąc, osobiście zawsze traktowałem to raczej jako kolejny krok do mojej wygody. W końcu dzięki temu, że odpowiednie narzędzia śledzą każdy mój ruch w Sieci, otrzymuję dedykowane reklamy, spędzam coraz mniej czasu na poszukiwaniu interesujących mnie produktów, a wiele rzeczy mam podanych na przysłowiowej tacy. Ale co wtedy, gdy będę chciał zrobić sobie urlop od Internetu? Obawiam się, że to coraz mniej możliwe. Nawet wtedy, gdy w pełni świadomie będę chciał się „wykluczyć”. To nic, że już teraz nie możemy wykonywać coraz większej liczby zawodów bez biegłego poruszania się w Sieci. Gorsze jest to, że jesteśmy wręcz zmuszani do tego, żeby zakładać swoje profile w społecznościowych serwisach, śledzone są nasze płatności, życie zawodowe czy prywatne. Od tego nie da się uciec. Zresztą pisze o tym sam autor książki „Internet. Czas się bać”, który z jednej strony korzysta z Facebooka jako dziennikarz, a z drugiej jako autor książek. I w obu przypadkach wydaje się to niezbędne – chociażby po to, żeby mieć kontakt z czytelnikami. Całkowite „wplątanie” naszych losów w Internet, najpewniej stanie się faktem. I tu Orliński zauważa wiele niebezpieczeństw. Już teraz z najpopularniejszej wyszukiwarki korzysta ponad 70% ludzkości. Co wtedy, jeśli pewne hasła w niej będą promowane, a inne usuwane? Cóż, to na pewno zagadka nie tylko dla etyków. Nawet w kontekście prawa do zapomnienia, którego wprowadzenie Orliński, pisząc swoją książkę, nie mógł przewidzieć. Podobnie rzecz ma się z czytnikami e-booków. Są przecież księgarnie, które, bez poinformowania o tym czytelników, mogą zmieniać treści w poszczególnych e-książkach. A to przecież nie wszystkie możliwości sprzyjające nadużyciom.

Społeczny nadzór jako gwarant bezpieczeństwa

Odniosłem wrażenie, że największe zagrożenie Orliński widzi w dużych korporacjach. To ich praktyki powodują, że jako internauci (i nie tylko) stajemy się bardziej ograniczeni i zniewoleni. Co do zasady – zgadzam się z tym, że żaden monopol nie jest czymś dobrym. Natomiast drogi wyjścia z tego impasu, które proponuje Orliński, są mało przekonywujące. Albo inaczej – niewystarczające. Otóż autor książki „Internet. Czas się bać”, proponuje generowanie odpowiednich państwowych regulacji. A bardziej precyzyjnie – nadzór społeczny, który oznacza zaangażowanie państwa i społeczeństwa na drodze do „normalizacji” Sieci. Z drugiej strony Orliński sam jednak zauważa, że również państwa wspierają monopole. Paradoksalnie, gdyby nie one, nie byłoby wielu współczesnych internetowych gigantów. Trudno mi się zatem w pełni zgodzić z tym, że jest możliwy nadzór nad Internetem. O ile w ogóle zgodzilibyśmy się co do faktu, że taki nadzór jest potrzebny. Osobiście wciąż wierzę w to, że siłą Internetu jest to, że jest przestrzenią sprzyjającą rozwojowi i kreatywności. Pytanie o granice wolności i regulacje w Sieci wydaje się jednak jak najbardziej na miejscu. Tym bardziej, że rośnie pokolenie, które nie odróżnia przestrzeni online od offline. To ludzie, dla których Internet jest jak powietrze i nie prowadzą równoległego wirtualnego i realnego życia. Dla nich istnieje tylko jedno. Ale może właśnie dlatego Internet coraz bardziej przypomina świat, który wirtualnie miał zostać odczarowany?

Niedemokratyczność Sieci

Gdy to piszę, przypominam sobie, że jako młody człowiek uważałem, że Internet daje tylko możliwości – nieograniczone, demokratyczne. Wydawało mi (nam?) się, że dzięki niemu wszystko jest możliwe. Podziały, przeszkody, kilometry – znikały po naciśnięciu włącznika komputera. Ale dziś już wiem, że to było złudzenie. I że nie tylko monopole sprawiają, że Internet nie jest demokratyczny. To determinuje coś więcej, a może nawet sama ludzka natura…Kilka lat temu przeczytałem badania Alice Marwick z Mirosoft Research. Jego wyniki były jak tzw. kubeł zimnej wody. Analiza społeczności internetowych z Doliny Krzemowej pokazała, że w Sieci kształtuje się nowy wymiar relacji. Wcale nie demokratycznych. Zainteresowanych odsyłam do badania. A ja wracam do wcześniejszych rozważań i częściowo przyznaję rację Orlińskiemu. Internet ma tyle zalet, co i wad. A oprócz wolności, niesie również zniewolenia. Tych drugich być może więcej.

Od zagrożenia do świadomości

Zapędziłem się. Miało być o internetowych zagrożeniach, a wyszło o niedemokratycznej Sieci. Kończąc zatem, podzielę się moim głównym wnioskiem, a w zasadzie refleksją po przeczytaniu książki „Internet. Czas się bać”. Nie znam odpowiedzi na pytanie, czy powinniśmy bać się Internetu. Wiem natomiast, że korzystając z niego, powinniśmy robić to jak najbardziej świadomie. A to niesie ze sobą odpowiedzialność. Również za to, w jaki sposób korzystam z tego narzędzia. Wiedząc, że w Sieci nic nie ginie, a każdy nasz ślad jest zapisany, możemy „oswoić” wirtualną rzeczywistość. Być może nawet tak, żeby słowa „big data” i „hurtownia danych” kojarzyły nam się z szansą, a nie zagrożeniem. I tego wszystkim życzę.

 Rafał

ps. Powyższy tekst powstał z inspiracji książką Wojciecha Orlińskiego „Internet. Strach się bać”.  Polecam ją jednak nie tylko jako źródło refleksji dotyczącej świata wirtualnego.