Książka, między formą a treścią

Książka, a wraz z nią swoista aura związana z przewracaniem poszczególnych stron, zapachem farby drukarskiej i treścią przenoszącą w inny wymiar, odkąd pamiętam jest tym, co mnie fascynuje. I czasem nie wiem, czy bardziej ciągnie mnie do odkrywania nowych treści, czy do samego rytuału. Jednak kilka miesięcy temu, gdy kolejne książki musiałem wynieść do piwnicy, bo nie mieściły się w mieszkaniu, w prezencie otrzymałem czytnik Kindle. I wtedy nastąpiła rewolucja. Najpierw fascynacja, związana z wygodą i dostępem do dziesiątek książek właściwie w każdych warunkach, następnie nostalgia, związana z tęsknotą za celebrowaniem przewracanych kartek. W końcu przyszedł trwający do teraz etap stabilizacji – będący umiejętnością korzystania z obu dóbr niejako naprzemiennie. W dalsze podróże zabieram ze sobą czytnik, w domu pozostaję wierny edycjom drukowanym.

Trochę na kanwie mojej małej domowej rewolucji, zacząłem interesować się tym, co książkę czeka. Jaka będzie jej przyszłość, czy i jak zmieni się jej forma. Czy nadejdzie dzień, w którym drukarnie zostaną zamknięte, a książki będą drukowane tylko na specjalne zamówienie? A może nie będzie czego drukować, tak bardzo zmieni się nasz sposób komunikacji?

Czytanie nie jest naturalne

Na początku niniejszych rozważań warto przypomnieć pewną zapominaną często prawdę. Otóż czytanie nie jest procesem naturalnym. Alfabetyzacja została nam wpojona w sposób sztuczny i pewnie trudno się dziwić tym, którzy w poszukiwaniu wiedzy, zamiast sięgać po opasłe tomy książek, wyręczają się dziś internetowymi wyszukiwarkami. Czy to się komuś podoba, czy nie, czytania nie wyssaliśmy z mlekiem matki. Niestety. Inną kwestią jest to, dlaczego dziś tak często (korzystając z tzw. gotowców i uciekając od pogłębionego czytania) próbujemy zwolnić się z analizy i myślenia. W każdym razie – nie tak dawno nasi przodkowie mogli co najwyżej zachwycać się obrazami. A jeśli dostali książkę, pozostało im oceniać  ją tylko po okładce. Znaki w środku nie robiły na nich wrażenia. Nasza epoka stawia nas w odmiennej sytuacji, jednak warto pamiętać, że umiejętność czytania jest przede wszystkim narzędziem, który otrzymaliśmy. Robimy z niego różny użytek. Proces czytania wymaga zatem pewnego wysiłku i wyrobienia nawyku.

Nowe nie musi zastąpić starego

Tyle wstępu. Nie będę już skupiał się na tych, którzy nie wytworzyli w sobie nawyku czytania. Mnie interesują mniej. Zresztą, z wzajemnością. Raczej nie jestem dobrym kompanem do rozmów albo spędzania czasu dla tych, którzy paszport Polsatu mylą z paszportem Polityki. Takie życie. Ale ja nie o tym. Czas wrócić do głównego wątku i rozważań nad przyszłością zbindowanych kartek. A może stawiam zbyt radykalne pytanie? Może wcale nie powinniśmy zastanawiać się nad tym, czy książki znikną, ale jak zmieni się ich forma? W końcu, rzadko jest tak, że stare (w tym przypadku książka) jest całkowicie zastępowane przez nowe (w tym przypadku np. czytniki). Częściej obserwujemy proces uzupełniania. Tym bardziej, że nie wszędzie sprawdza się czytnik (szczególnie pozbawiony prądu przez dłuższy czas), a nie wszędzie książka…Moim zdaniem książka, w swojej obecnej formie, szybko nie zniknie. Kwestią czasu pozostanie natomiast to, kiedy będzie jedynie w kręgu zainteresowań kolekcjonerów i nielicznego grona bibliofili. A może jestem przesadnym optymistą?

Technika jako nośnik informacji

Właściwie, jeśli mam być szczery, to po kilku tygodniach zastanawiania się nad tym, czy książka przetrwa, praktycznie całkowicie przestało mnie to interesować. Tak, może to dziwne, ale już nie interesuje mnie przyszłość książki. Traktuję ją jako narzędzie, a zatem coś, co ma mi służyć. Jeśli „nowe” spełni swoje zadanie i będzie służyło lepiej, nie mam nic przeciwko. Inna sprawa, że na razie żaden przedmiot nie potrafi w pełni mi jej zastąpić. Ale tu znowu warto się zatrzymać. Moim zdaniem, w rozważaniach nad przyszłością książki, częściej powinniśmy zwracać uwagę na większą precyzję w definiowaniu naszych zainteresowań: czy bardziej interesuje nas przyszłość książki w jej obecnej formie (jako pewnego zbioru ponumerowanych kartek), czy może jako źródła informacji (zaszyfrowanego danym językiem)? Pierwszym, jak wspomniałem, już zainteresowany nie jestem. O drugie martwię się poważnie. I nie mam na myśli tylko hipertekstu, coraz częściej wypierającego tradycyjny język. Zastanawiam się nad tym, jak technika wpływa na zmianę w sposobach naszego komunikowania, również poprzez literaturę. Kiedy sięgam po książki napisane 50, 100 lat temu, wkraczam w zupełnie inną rzeczywiśtość niż tą, którą kreują współcześni pisarze. Mam wrażenie, że dawniej książki pisało się nieśpiesznie, bardziej dobierając słowa. Często, to moja opinia, nazbyt rozwlekając niektóre wątki. To, co dziś pisarze przekazują w dwóch zdaniach, dawniej mogło zajmować dwadzieścia. Ciekawe, na ile poniższe zdanie Carli Hesse będzie tracić w najbliższych latach na aktualności:

Książka stanowi niespieszna formę wymiany. Jest trybem czasowości, w którym komunikacja społeczna nie jest pojmowana jako działanie, ale raczej jako refleksja nad działaniem. W rzeczy samej forma książki służy odroczeniu działania, poszerzeniu odstępu czasowego pomiędzy myślą a czynem, tworzeniu przestrzeni dla refleksji i debaty.

Od ewolucji do rewolucji…języka

Analizując historię piśmiennictwa i języka, nie sposób nie odnieść wrażenia, że jedno i drugie ewoluowało. Natomiast my żyjemy w czasach rewolucji, więc i zmiany wokół zachodzą szybciej. Co prawda odkrywcy papirusu raczej nie martwili się o zmianę sposobu komunikacji odrzucając kamienne tablice, a mnisi przepisujący książki po odkryciu Gutenberga, ale być może przyszłe pokolenia będą świadkami zmiany form naszego języka. Bez wątpienia wpłynie ona również na książki. Zakończę jednak optymistycznie, cytując Umberto Eco:

Książki pozostaną nieodzowne nie tylko w przypadku literatury, lecz w każdym przypadku, który wymaga uważnej lektury oraz przemyśleń i refleksji na jej temat, dotarcia do informacji.

Tyle Eco. I mam nadzieję, że będzie miał rację. W końcu przyszłość bez książki byłaby barbarzyństwem.

**********

A teraz coś, do czego zostałem wywołany przez Joannę. To swoisty „łańcuszek”, którego wyzwaniem jest podzielenie się książkami, które z jakichś względów stały się dla mnie ważne. Nie chcąc narażać się na oskarżenia o spam swoich facebookowych znajomych, zdecydowałem się na wymienienie tych książek na blogu. Tym samym z informacją zapoznają się tylko ci, którzy tego naprawdę chcą.

Książki, które wymieniam poniżej, wpłynęły na to, jakim jestem człowiekiem. Na mój światopogląd i definiowanie siebie w odniesieniu do tego, co mnie przekracza. Jedne są ważne bardzo, inne mniej, a inne wcale. Ale każda pozostawiła we mnie swój ślad. Liderem tego rankingu zostałoby Pismo Święte, ale nie umieszczam go w nim, bo moim zdaniem nie jest to odpowiednie miejsce. W każdym razie – Biblia, najpierw ta w obrazkach, a później w bardziej „zaawansowanej” formie, kreuje mój stosunek do siebie i świata do dziś. A oto pozostałe ważne dla mnie teksty:

Matka odchodzi, T. Różewicz – tekst, który zapalił we mnie pragnienie odkrywania własnej tożsamości.

Cała jaskrawość, E. Stachura – któż z nas nie czytywał Stachury?

Miłość i odpowiedzialność, K. Wojtyła – od tej książki zaczęło się, trwające do dziś, moje zainteresowanie personalizmem.

Uczta, Platon – książka-wstęp, stanowiąca podstawę do poznania przez mnie pojęcia miłości.

Gesty, I. Karpowicz – książka, która pomogła zdefiniować moją relację do historii mojego życia.

Sonata Kreuzerowska, L. Tołstoj – dzieło, które wskazuje mi na niezmienność natury ludzkiej.

Pedro Paramo, J. Rulfo – ten autor przypomina mi, że nie wszystko jest takie, jakie się wydaje.

Kobiety, Ch. Bukowski – tekst, który popycha mnie ku mojej lepszej stronie.

Poczucie kresu, J. Bernes – o tym, jak żyć, żeby nie żałować.

Sunset limited, P. Auster – książka, która przypomina mi o moich ograniczeniach.

Rafał