Legalne wygrywa dostępnością

Prawo autorskie jest jednym z najdelikatniejszych, a zarazem najtrudniejszych tematów, które poruszamy w przestrzeni publicznej. Szczególnie tej, która dotyka internetu. Tym bardziej cieszą inicjatywy, które próbują podjąć się tego wyzwania. A skoro osobiście wziąłem udział w jednej z nich, trudno odmówić mi przyjemności podzielenia się kilkoma refleksjami w tym kontekście.  Dla porządku muszę zaznaczyć, że prezentowane przez mnie opinie są prywatnymi, ale oczywiście uwzględniam w nich doświadczenie, które zdobywam w serwisie Chomikuj.pl.

Do przemyśleń, których główne nurty nakreślę, zainspirowała mnie dyskusja panelistów podczas Auli Polska pt. Polska Piracka. Nie ukrywam, że najbardziej interesowało mnie zagadnienie dotyczące tego, czym jest tzw. piractwo, a także dokąd zmierzamy w dyskusji o tym zjawisku, wytyczając jego granice. Natomiast to, czym chcę się podzielić, będzie zarówno ogólną analizą stanu obecnego, jak też możliwych kierunków zmian, w których według mnie powinni podążać interesariusze w dyskusji o dostępie do treści w Sieci.

Serwisy hostingowe vs. prawa autorskie

Na początku pytanie, na które odpowiedź zapewne wielu zaskoczy. Jaką rolę pełnią serwisy takie jak Chomikuj, Dropbox czy YouTube w dyskusji o prawach autorskich? Cóż, ich przedstawiciele mogą co najwyżej zabierać głos doradczy, wspierający rozważania dotyczące ochrony tych praw. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta – prawa autorskie w sposób bezpośredni nie dotyczą serwisów hostingowych. Obowiązuje je przede wszystkim Ustawa o świadczeniu usług drogą elektroniczną, a także niektóre Dyrektywy Unii Europejskiej. Natomiast fakt, że prawa autorskie dotyczą użytkowników wymienionych serwisów, nakłada na nich moralny obowiązek śledzenia wszystkich zmian w tym zakresie, a także zabierania głosu w dyskusji. Zarówno po to, aby jeszcze lepiej edukować użytkowników, jak też prowadzić dialog z wydawcami i innymi dysponentami praw autorskich i majątkowych. Dlaczego jednak o tym piszę? Sprowokowały mnie do tego tytuły niektórych tekstów zapraszających na Aulę. Wśród nich znalazły się i takie, jak: „Chomikuj.pl vs. prawa autorskie”. Jednak z całą stanowczością trzeba napisać, że ani serwis Chomikuj.pl, ani inne tego typu (np. YouTube) nie stoją w opozycji do tych praw. Przeciwnie, starają się tworzyć mechanizmy, które pomogą w ich ochronie. Zaznajomieni z tematyką na pewno przywołają youtubowy Content ID, wyszukujący i blokujący nieautoryzowane treści. Coraz bardziej znany jest także tzw. mechanizm sum kontrolnych, który wykorzystuje m.in. Chomikuj.pl. On również pozwala na blokowanie i usuwanie nieautoryzowanych treści. Współpracę w ochronie praw autorskich podejmują także inne polskie serwisy, włącznie z Allegro.

Internet zgarnia wszystko

Podczas spotkania w ramach Auli uderzył mnie fakt, że w dyskusji o prawach autorskich odnosiliśmy się praktycznie tylko do Internetu, niejednokrotnie go demonizując. Co to oznacza? Według mnie to, że jeszcze się z nim nie oswoiliśmy. Być może nie umiemy wykorzystywać go jako narzędzia. Obawiamy się, że  przedsiębiorców naraża tylko na straty. Zapominamy o tym, że nie jest wrogiem, a szansą. W tym kontekście przypomniała mi się analogia, którą przytoczyłem w swoim podsumowaniu panelu. Jeden z filmoznawców zauważył, że gdy rozkwitało kino, aktorzy teatralni byli oburzeni i narzekali, że to odbierze im możliwość zarobku. Później powstała telewizja i wtedy do lamentu dołączyli także aktorzy kinowi. Jeszcze później nadeszła era internetu i narzekają niektórzy przedstawiciele wszystkich wymienionych branż.  A przecież fakt, że powstało kino, nie spowodowało zamknięcia teatrów. Wciąż funkcjonują, a zmieniła się jedynie forma ich konsumpcji. Podobnie może być z internetem. Zamiast zagrożenia, może stanowić szansę do tego, żeby za jego pośrednictwem oferować usługi jak największej ilości osób. Co więcej, według mnie internet nie zastąpi uczestnictwa w koncercie ulubionej kapeli, albo wyprawy do kina z przyjaciółmi. Tak samo, jak funkcjonowanie bibliotek nie zastąpiło księgarni. Internet stanowi alternatywę lub uzupełnienie dla tych, którzy chcieliby konsumować treści w sposób szybki i wygodny. Czyli tak, jak uczą nas współczesne czasy.

Co z tym piractwem

Tu pojawia się druga myśl, która według mnie jest bardzo istotna w dyskusji o prawach autorskich. Zamiast penalizować zachowania związane z korzystaniem z nieautoryzowanych treści, powinniśmy więcej uwagi poświęcić temu, aby zaoferować jak największy dostęp do legalnych treści. Wiele badań mówi o tym, że jeśli konsumenci mają wybór między legalnymi i nielegalnymi treściami, wybierają te pierwsze. Warunkiem jest to, aby mieli do nich wygodny i szybki dostęp. Uwagę na to zwróciła też niedawno Komisja UE. W swoim raporcie odnotowała, że w Europie rocznie produkuje się ponad 1000 filmów. A ile z nich dociera do naszych kin? Ci, którzy mają do nich dostęp, zapewne już policzyli, że niewiele, a na pewno nie wszystkie. Ale co mają powiedzieć ci, którzy nie mają kina w swoim mieście? Powinni być wykluczeni? Jeśli zaoferuje się im dostęp do ciekawego filmu, nawet już po jego zdjęciu z ekranów kinowych, na pewno będą woleli  zapłacić za dobrej jakości obraz, zamiast ściągnąć nieautoryzowany plik kiepskiej jakości. Przy tej okazji zrobiłem test. Wybrałem kilka filmów, których nie ma już w kinach i wypisałem ich tytuły w wyszukiwarkę. Co się okazało? Są takie, do których legalnego dostępu nie oferuje żadna platforma. Oznacza to, że przez jakiś czas w zakresie legalnego udostępniania treści w internecie może występować tzw. próżnia. Dlaczego producenci i dystrybutorzy jej nie wypełniają?

Wydaje się, że  lekcję dotyczącą legalnego dostępu do ulubionych filmów świetnie odrabia Netflix. W ubiegłym roku temu jeden z jego managerów powiedział, że piractwo nie jest zagrożeniem dla tej platformy. Wprost przeciwnie. Zdziwieni? Otóż Netflix, zanim wejdzie na dany rynek, najpierw sprawdza, jak konsumuje się treści poprzez serwisy np. torrentowe. Filmy, które są ściągane najczęściej, Netflix oferuje w sposób legalny. Praktycznie zawsze biją rekordy sprzedaży.

Artyści powinni zarabiać godnie

Kolejny ważny wątek w dyskusji o prawach autorskich dotyczy artystów i ich zarobków. Pamiętam, jak duże wrażenie zrobił na mnie kiedyś felieton Teresy Torańskiej dotyczący tego, z jakimi problemami zmaga się pisarz, aby zarobić na codzienne życie. Jeszcze większe zaskoczenie wywołał we mnie fakt, że wielu autorów otrzymuje od 5% do 10% zysków ze sprzedaży swoich książek. A przecież twórcy, aby tworzyć, muszą godnie zarabiać. To dzięki normalnej egzystencji tworzą, aby później umożliwić nam przeżycie niezwykłych momentów podczas kontaktu z ich wytworami. Czy zatem i tu internet stanowi dla nich zagrożenie, naraża ich tylko na straty? Moim zdaniem nie. Nie ma chyba nic prostszego, niż bezpośrednia sprzedaż twórczości za pośrednictwem internetu. Autor wie, co i komu sprzedaje. Ważne jest tylko to, aby wykorzystywał odpowiednie mechanizmy. Co więcej, internet daje szansę także twórcom mniej znanym. Osobiście zainwestowałem tysiące złotych w książki i płyty (również online) twórców, których dostrzegłem w Sieci. W jednym ze swoich wystąpień podczas ubiegłorocznego CopyCamp mówiła o tym Paula Bialska z zespołu „Paula i Karol”. Co ciekawe, o niej też dowiedziałem się z Sieci, a w chwilę później do mojej płytoteki dołączyły dwa jej albumy. Później kupiłem także kilka biletów na jej koncert.

Między nami interesariuszami

Ostatnia sprawa. Znamienne w ramach dyskusji o prawach autorskich jest to, że niejednokrotnie brakuje w niej głosów głównych zainteresowanych. Nie tylko autorów, ale też odbiorców treści. Dyskusja o prawach autorskich często prowadzona jest jednak tylko między głównymi interesariuszami, stanowiącymi swoiste grupy interesu. W konsekwencji prowadzi to do tego, że dyskutanci wznoszą się na intelektualne wyżyny, rozważając etyczne i filozoficzne aspekty prawa autorskiego, ale nie przynosi to konkretnych rezultatów, np. w formie systemowych rozwiązań. Z drugiej strony, interesariusze próbują podzielić tzw. tort przychodowy, zapominając o kosztach, które już są ponoszone przez odbiorców treści. Podczas ostatniej Auli trafnie podsumował to jeden z jej uczestników stwierdzając, że według niego dyskusja dot. praw autorskich jest jałowa, jeśli wyłącza konsumentów treści. A ci oczekują przede wszystkim jednej rzeczy – skutecznego dostępu do treści. Jeśli są wysokiej jakości, cena nie ma największego znaczenia. Jest to pocieszające również dla twórców, którzy zawsze mają prawo do tego, aby oferować swoje dzieła za dowolną kwotę, tzn. tyle, ile ktoś jest w stanie zapłacić. Ważne, żeby były dostępne.

To tylko wybrane wątki, które przewijają się w dyskusji dotyczącej praw autorskich. Zdaję sobie sprawę z tego, że opisałem je w sposób ogólny, ale nie brakuje treści, które zajmują się tematem bardziej szczegółowo. Moim celem było przedstawienie jednej z możliwych dróg dyskusji. Zwracam też uwagę na to, że być może warto przenosić akcent z penalizowania praw autorskich i wymyślania nowych sposobów karania, na próbę stworzenia narzędzi, które zaoferują skuteczny i nieograniczony dostęp do legalnych treści. Wydaje się, że internet „wygrają” ci, którzy pierwsi to zrozumieją i nauczą się to wykorzystywać.

 Rafał

  • Urodziłem się w 83 i owe czasy zaszczepiły mi przekonanie, że piractwo jest ok, bo przecież nikt o zdrowych zmysłach nie może oczekiwać, że będziemy płacić tak astronomiczne ceny za płyty/kasety/gry podczas gdy za granicą relatywnie do tamtejszych pensji były z 10 razy tańsze. Czułem, że to niejako przywiliej postkomunistycznego kraju by piracić to czego zachód nie zechciał nam dać i że skoro „oni” tak podchodzą do wyciągania nas zza żelaznej kurtyny to nie zobaczą moich pieniędzy. Dorastałem nie tylko nie czując moralniaka, że chodzę na giełdę komputerową, ściagam muzę z Kazaa, ale wręcz czując, że to dobrze, bo to jedyna szansa, byśmy kulturowo nadrobili stracone dziesięciolecia.
    Minęły lata, poszedłem do pracy, zacząłem zarabiać i teraz bardzo chętnie płacę za oryginalną płytę cd, czy Starcrafta 2, bo cena nie jest już tak rażąca jak kiedyś.
    Filmy nadal zdarza mi się obejrzeć pirackie, gdy np. z kumplami robimy nocny maraton Dzieci Kukurydzy 1,2,..,6 — nawet jakbyśmy chcięli kupić oryginały to nie ma gdzie.
    Czy się wstydzę? Nie.
    Jest też bardzo demoralizująca świadomość, że z tych kilkudziesięciu złotych za płytę, nośnik kosztuje grosze, parę złotych dostanie autor, a reszta trafia do dystrybutorów. To jest demoralizujące bo mentalnie buduje obraz, że „kradnąc” z netu płytę wartą 50pln, de facto okradam mojego ulubionego wykonawce raptem z 2pln, za to jakiegoś tłustego wydawce na 47 – każdy kto oglądał Robin Hooda bez krzywienia twarzy musi czuć się z tym ok.
    Swego czasu miałem nawet pomysł na serwis „legalize-mp3.pl” który mialby polegać na tym, by po takiej „kradzieży” przesłać 2pln bezpośrednio do wykonawcy (np. paypallem) by uciszyć resztki wyrzutów sumienia.

  • MK

    Artykuł ciekawy, pozwolę sobie tylko zauważyć, że dyrektywy wydaje Rada Unii Europejskiej – nie zaś Rada Europy, która jest organem całkowicie odrębnym od Unii Europejskiej.

    http://pl.wikipedia.org/wiki/Rada_Unii_Europejskiej

    Pozdrawiam serdecznie,
    MK

  • MK

    Przepraszam, zauważyłem teraz, że chodziło ogólnie o dyrektywy unijne (Parlamentu i Rady) i o akty Rady Europy (zapewne rezolucje, bo Rada Europy, z tego co wiem, nie wydaje dyrektyw). Mój powyższy komentarz jest więc tylko po części trafiony.

    Pozdrawiam ponownie,
    MK

    • Dzięki za uwagi!:) Jako politologowi trochę mi wstyd, ale usprawiedliwiam się roztargnieniem;) Artykuł poprawiłem.