Miłość w rytmie Snapchata

Być może nasze drogi kiedyś się rozejdą, jednak najważniejsze jest dla mnie to, że póki co zmierzamy w tym samym kierunku.

Ona. Niebieskooka blondynka. Według obowiązujących standardów – ładna. Nawet bez welonu, który zdobi jej głowę. Gdy podnosi kąciki ust, na jej policzkach rysują się delikatne zagłębienia.

On. Przystojny brunet w stylu lumberseksualnym, bo przecież to ostatnio takie modne słowo. I gdyby nie ten krawat…

Oboje wyglądają na szczęśliwych. Mimo tego, że nie patrzą sobie w oczy. Zresztą, jeśli naczytałeś się Saint-Exuperego to wiesz, że ważniejsze jest patrzenie w tym samym kierunku.

Ich zdjęcie na jej facebookowym profilu jest wspomnieniem ze ślubu. Pod nim podpis, który jest cytatem rozpoczynającym mój tekst. Lajki, dziesiątki pozytywnych komentarzy. Fejm, jak powiedziałaby gimbaza.

Pewnie myślisz, że w tej historii nie ma nic szczególnego. Być może już zrezygnowałeś z czytania tego tekstu, bo piękne historie są nudne. Szkoda. Bo to nie jest piękna historia. Przeciwnie. Jest w niej tragizm, który jakby zmaterializował się przywołanym spod zdjęcia nowożeńców cytacie. W słowach, którymi uwarunkowali coś, co wydaje się być niezmienne.

Wiem, że już nie tylko brazylijskie seriale próbują udowodnić, że przecież to normalne, że ludzie są ze sobą co najwyżej do pierwszej poważnej kłótni. Nawet, jeśli przyrzekali, że będą ze sobą do końca życia. Wiem, że wielokrotnie zawiodłeś się na kimś i wydaje ci się, że obiecanie czegokolwiek jest naiwnością. I ten znajomy, który się rozwiódł. Odszedł do innej nawet nie żegnając się z dziećmi. A przecież wydawał się takim ciepłym człowiekiem.

To nasza natura. Niepewna. Chwiejna. Czasem próbujemy osadzić ją na jakimś fundamencie, ale rzadko nam to wychodzi. Podobnie jak dom, który budujemy na mieliźnie. Nie tylko duchowej. Dochodzimy do końca i zostaje już tylko pytanie do pana premiera – jak żyć. No, ale on wyjeżdza do Brukseli, więc z problemami zostaniemy sami.

Mam wrażenie, że coraz częściej pomagamy w połamaniu naszego życia, bo wyrzucamy z niego właściwe rozumienie miłości. Odrzucamy wierność, bo zaprzyjaźniamy się z chwilową namiętnością. Depczemy poświęcenie swojego ego, bo nie potrafimy nie myśleć tylko o sobie. Wyrzucamy ze swojego słownika słowo dozgonność, bo nie wierzymy w wieczność. A potem przychodzi krzywda. Wraz z nią znika piękno brazylijskich seriali i wyestetyzowanych wpisów na Facebooku. Zostajesz z nią sam. Póki co. Jak nowożeńcy z facebookowego zdjęcia.

Wczoraj rozmawiałem z przyjacielem. Przeciętny facet. Średnia krajowa. Zapytałem go o miłość. Nie zrozumiał. W jego słowniku jest tylko ulotność. Ta przynajmniej nie trwa dłużej, niż zdjęcie wysłane ze Snapchata.

Rafał