PR na usługach dyktatorów

Kilka lat temu ze zdziwieniem przeczytałem artykuł, w którym podano informację o fakcie współpracy białoruskiego prezydenta z zachodnią agencją PR. Zastanawiałem się, jakie kryteria i założenia musielibyśmy przyjąć, aby usprawiedliwić takie działanie. Z punktu widzenia etyki na pewno byłoby to trudne. No, utylitaryzm mógłby przyjść z pomocą, ale jego założenia odrzucam.

Nie minęło wiele czasu, a media informują o tym, że również prezydent Rosji współpracuje z zagranicznymi specjalistami od public relations. Zaczęło się wiele lat temu, od szczytu G8. Trwa, w różnej formie, do dziś. Przyprawia mnie to o smutek, bo już sam fakt współpracy z dyktatorami zakłada, że usprawiedliwia się metody, jakimi posługują się, aby utrzymać się u władzy.  A jeśli dołożymy do tego wszechobecną propagandę, robi się jeszcze bardziej nieciekawie.

Czytam o tym, jakie działania udało się wygenerować nowojorskiej agencji Ketchum, aby wybielać wizerunek Putina w Stanach: artykuł, w którym stawia siebie za wzór obrońcy pokoju, okładka z jego wizerunkiem w magazynie Time, wywiad w popularnym „Outdoor Life”. Jasne, nie jest naganny fakt, że agencja pośredniczy w komunikacji między rosyjskim prezydentem, a amerykańskimi mediami. Wszystko rozbija się jednak o kontekst. I wyważenie proporcji. Na naszym rynku mówi o tym, w punkcie 3., Kodeks Etyki PR, który wiele agencji przyjęło w 1996. Jednak to Amerykanie byli pionierami etyki PR. Szkoda, że coraz bardziej się od niej oddalają.

Jak wiele zła może uczynić niewłaściwe wykorzystanie narzędzi public relations, wiemy nie od dziś. Pamiętamy wojnę w Jugosławii i to, w jaki sposób pijarowcy, a może raczej ich karykatury, kształtowali wizerunek opinii publicznej w tym aspekcie. Teraz przyszedł czas na Rosję. Nie jestem zwolennikiem żadnych skrajności, ani kategoryzowania. To może być krzywdzące. Jednak nie oznacza to, że nie powinniśmy dbać o rzetelność i prawdę w swojej pracy. A może nawet być wzorem dla niektórych polityków…

Rafał